niedziela, 25 sierpnia 2013

Rozdział 1

Jak można zgubić się w mieście, w którym mieszka się od dziecka? Cóż, wystarczy być mną, pomyślałam skręcając w kolejną nieznaną ulicę. Chociaż było po siedemnastej, to miejsce było zacienione. Wydało mi się to podejrzane, o tej godzinie latem wszędzie powinno być jasno. Nie miałam jednak czasu dłużej się nad tym zastanawiać, moją uwagę przykuły dwie postacie. Śmiejąca się jasnowłosa dziewczyna chowająca coś za plecami i chłopak próbujący jej to odebrać. Miał czarne długie do ramion włosy zakrywające mu twarz
- Chcesz wisior z powrotem? Wiesz jaka jest cena, a z każdą minutą jesteś mi winny coraz więcej.
Pochylił się nad nią i przesunął ustami po jej policzku, od ucha aż do kącika ust. Dziewczyna odsunęła mu włosy z twarzy, a ja poczułam, że ogarnia mnie wściekłość. Dopiero kiedy zobaczyłam jego twarz rozpoznałam kim jest. To był Caleb, mój chłopak. Chociaż może powinnam już nazywać go byłym chłopakiem. Dziewczyna zamiast czekać na jego ruch złączyła przesunęła głowę i ich usta się złączyły. Nie mogłam dłużej na to patrzeć, podeszłam do nich.
- Nie wierzę, że mogłeś to zrobić. Nie po tym wszystkim, co mi wmawiałeś. 
- Mogę to wyja...
- Wyjaśnić? Nie chcę tego słuchać Caleb, to koniec. Nie chcę cię więcej widzieć.
Odwróciłam się i zaczęłam biec. Biegłam nie zastanawiając się dokąd, byle tylko jak najdalej od tej uliczki. W końcu zbiegłam schodami prowadzącymi do dworca. Metro akurat przyjechało. Przynajmniej wiem już gdzie jestem i może uda mi się nie spóźnić do pracy.
O tej godzinie większość ludzi pracuje, ale ja mam niestandardowe godziny pracy. Barmanka w klubie nocnym może nie jest najlepszym stanowiskiem, ale przynajmniej zarabiałam. Zresztą, nigdzie indziej nie zatrudniliby dziewiętnastoletniej dziewczyny, która rzuciła liceum. Tak, wiem, brzmi głupio, ale kiedy rok temu mój tata zginął w wypadku samochodowym, nie miałam innego wyjścia jak tylko rzucić szkołę i poszukać pracy. I tak miałam szczęście. Mogłam skończyć w burdelu. Tylko dzięki Christianowi tak się nie stało. Kiedy nie chciałam przyjąć od niego pieniędzy zaproponował mi pracę w swoim klubie „Imperium”. To mi odpowiadało, przynajmniej teraz nie czuję się jak utrzymanka.
Metro się zatrzymało i wysiadłam. Zostało mi tylko dziesięć minut, więc i szybkim krokiem ruszyłam do klubu. Chociaż wiedziałam, że Chris nie zwolniłbym mnie za małe spóźnienie, starałam się wszystko robić tak, żebym nie musiała obwiniać się, że przeze mnie zarobi mniej. Tak więc zawsze przychodziłam punktualnie, nosiłam bez mrugnięcia okiem mój strój roboczy, na który składała się srebrna bluzka bez pleców i czarna, krótka spódniczka, a kiedy zamykaliśmy klub zawsze pomagałam w sprzątaniu.
Wreszcie doszłam do klubu, obeszłam budynek żeby wejść tylnymi drzwiami, przy których oczywiście stał ochroniarz.
- Cześć Steve. - powiedziałam, jak zwykle, a on tylko skinął głową i otworzył mi drzwi, jak zwykle. Nie słyszałam, żeby kiedykolwiek się odzywał.
Steve był łysym, czarnoskórym, umięśnionym facetem, który od zawsze mnie przerażał. Chociaż nie był tak napakowany jak inni ochroniarze, to on budził największy strach. Może dlatego nigdy nie stał przy głównym wejściu, mógłby odstraszać ludzi. Na tyłach jednak to było zaletą, dzięki niemu nigdy nie było nieproszonych gości. Do „Imperium” przychodzili tylko wybrani z imiennymi wejściówkami, czasem zabierali też osoby towarzyszące, ale to musiało być wcześniej zgłoszone Chrisowi i on musiał wyrazić na to zgodę. Nie wspominając o tym, że wejście było niewiarygodnie drogie, byle kto nie miał możliwości się tu znaleźć.
Szybko się przebrałam i poszłam do baru. Musiałam poukładać butelki i szklanki, zawsze po dostawie wszystko było pomieszane.

Około dwudziestej pierwszej na parkiecie zaczęło robić się tłoczno, a przy barze luźniej. Zawsze tak było, na początku wszyscy piją, dopiero później tańczą.
- Co się stało, Cass? - spytał Chris, nawet nie zauważyłam, że przyszedł. Zawsze pojawiał się znienacka, chociaż znam go od trzech lat, nie mogę się do tego przyzwyczaić, zawsze mnie zaskakuje. 
- Nic, po prostu dużo dzisiaj ludzi. - powiedziałam. Tylko uniósł brew i czekał aż powiem mu prawdę. - Zerwałam z Calebem 
- Mówiłem ci, że prędzej czy później coś zrobi. Co to było?- Opowiedziałam mu wszystko, a on tylko pokiwał głową. Po chwili się odezwał – Nie kochałaś go, dlaczego z nim byłaś? 
- Po tym wypadku byłam sama. Nie zrozum mnie źle, ty zawsze byłeś przy mnie, ale tak dużo czasu spędzasz tutaj. Potrzebowałam kogoś, kto po prostu będzie ze mną. W te dwa wolne wieczory, w poniedziałki i wtorki, kiedy nie miałam się czym zająć, oprócz użalania się nad sobą, on zawsze był i mnie czymś zajmował. Kiedy nie byłam sama nie było tak źle. Ale minął już rok, a przez ostatnie pół roku byłam uzależniona od Caleba. Czas z tym skończyć. Dam sobie radę. 
- Jesteś pewna? - w odpowiedzi pokiwałam głową – Muszę zająć się kilkoma sprawami, dasz sobie radę? 
- Już ci mówiłam. Jestem już dużą dziewczynką, mieszkam sama, od jedenastu lat ćwiczę sztuki walki, a ty jeszcze we mnie wątpisz. 
- Nie śmiałbym – powiedział, ledwie powstrzymując się od śmiechu. - Idź dzisiaj wcześniej do domu, jak zobaczę cię tu po północy dostaniesz przymusowy urlop na tydzień.
 Już miałam zacząć się z nim kłócić, ale zniknął równie szybko jak się pojawił.

***

Wyszłam z klubu punktualnie o północy, wolałam nie ryzykować tygodniowej przerwy. Postanowiłam wrócić do domu pieszo. Zajmie mi to ponad godzinę, ale i tak przynajmniej nie będę bezczynnie siedzieć w domu.
Przechodziłam przez gorszą dzielnicę, kiedy usłyszałam krzyk, dochodził z bocznej uliczki. Podeszłam do kontenera i się za nim schowałam. Starałam się, schować się tak, żeby nie było mnie widać, ale żebym jednocześnie mogła obserwować, co się dzieje. Na końcu uliczki było pięć osób, kobieta i czterech mężczyzn, jeden z nich siedział oparty o ścianę, a jasne włosy miał czerwone od krwi. Kobieta stała obok niego i mówiła coś wymachując rękami. Krwawiący mężczyzna coś powiedział, a inny spróbował go kopnąć, ale zanim jego noga dosięgła blondyna, kobieta odepchnęła go, była jednak za słaba, gdyż facet nawet się nie zachwiał. Zdusiłam krzyk, wtedy jeden z mężczyzn spojrzał w stronę mojej kryjówki, powiedział coś do pozostałych i ruszył w moją stronę, zatrzymał się dwa metry ode mnie. Miał brązowe włosy i wiedziałam, że jego oczy są niemal czarne, chociaż jego twarz pozostawała w cieniu. Był bardzo przystojny. Z takim wyglądem mógłby zrobić wielką karierę, dlaczego więc był tutaj i napadał ludzi?
- Trafiłaś w sam środek piekła – powiedział, patrząc na swoich towarzyszy.
Krwawiący mężczyzna, pokazał trzy palce i razem z kobietą przemienili się w wilki i zaatakowali swoich oprawców. Mężczyźni nie okazali zdziwienia, wyciągnęli sztylety i zaczęli walczyć ze zwierzętami.
- Koniec przedstawienia. Bądź grzeczną dziewczynką i nawet nie myśl o tym, aby krzyczeć albo się ze mną szarpać – powiedział grobowym tonem mężczyzna przede mną.
 Nie ma mowy, nie po to mój tata po śmierci mojej mamy zapisał mnie na wszystkie możliwe kursy samoobrony i sztuk wali, żebym teraz po prostu stała. Do głowy wpadała mi myśl, że moja mama przed śmiercią mogła się znaleźć w podobnej sytuacji, tylko że facet ją kilka razy postrzelił i uciekł, a ona nie miała szans na przeżycie.
Mężczyzna zbliżył się i chwycił mnie za ramię, w tym momencie wyrzuciłam nogę do przodu celując mu między nogi i jednocześnie sięgnęłam do mojej uwięzionej ręki aby go przeważyć i przewrócić, co dałoby mi szansę na ucieczkę. Nie przewidziałam, jednak tego, że facet będzie tak szybki. Zanim moja noga dosięgła celu, stałam już odwrócona przodem do ściany, do której od tyłu przyciskało mnie umięśnione ciało.
- Powiedziałem coś. 
- A ja nie powiedziałam, że jestem grzeczną dziewczynką i po prostu dam się zabić!- prowokowałam go, ale nie mogłam się powstrzymać. 
- Cholera, nie mam na to czasu, zaraz tu będą. - rzucił, i jedną rękę przesunął na mój brzuch, a drugą położył nad moimi piersiami. Poczułam jakby w skórę wbijały mi się maleńkie, elektryczne igiełki, nie było to jednak bolesne uczucie, może tylko trochę nieprzyjemne.
Nagle opadłam z sił i oparłam się o mężczyznę za mną. W głowie miałam pustkę. Co on mi zrobił? Wziął mnie na ręce i zaczął iść w stronę głównej ulicy. Kiedy już tam. doszliśmy złapał taksówkę i podał kierowcy adres. Zastanawiałam się dlaczego nie dziwiło go, że jest z ledwo przytomną dziewczyną. Odrętwienie zaczęło ustępować, więc przesunęłam się jak najbliżej przeciwnych drzwi i oparłam o nie. Czułam na sobie jego wzrok, lecz uparcie wpatrywałam się w migające za szybą drzewa. Jakieś dwadzieścia minut później kazał kierowcy zatrzymać się na poboczu i mu zapłacił. Wysiadł z samochodu i znów wziął mnie na ręce. Mój mózg wreszcie postanowił wrócić z przerwy i wziąć się do roboty. Teraz jednak sama próbowałam go powstrzymać. Starałam się nie myśleć o tym co zobaczyłam, ani o tym co się stało. A tym bardziej nie o tym, że niesie mnie najprzystojniejszy mężczyzna jakiego kiedykolwiek widziałam.
- Co masz zamiar zrobić? Chcesz mnie zabić? Cóż mogłeś to zrobić w mieście i tak nikt by nie zauważył – powiedziałam i ogarnął mnie smutek. Moje słowa były prawdziwe, byłam sama. Caleb nie miał problemów ze znalezieniem sobie innego zajęcia niż ja, a Chris prawdopodobnie pomyślałby, że po tym co się dzisiaj wydarzyło zdecydowałam się uciec z miasta. Gdybym teraz umarła, przynajmniej ostatnie co bym zobaczyła byłoby czymś pięknym. 
- Posłuchaj, kotku, gdybyś miała dzisiaj umrzeć, już byś nie żyła. 
- Nie jestem żadnym kotkiem! Mam na imię Cassidy!- wzięłam głęboki wdech, żeby się uspokoić. Do diabła, przez to wszystko traciłam nad sobą kontrolę. - Nie musisz uciekać się do przestępstwa, wystarczyłoby, że wszedłbyś do jakiegoś klubu i od razu znalazłbyś chętne.  Nie musisz porywać dziewczyn, żeby... 
- Myślisz, że chcę... Co to jest? - spytał, przyglądając się mojemu naszyjnikowi. To jedna z niewielu rzeczy które mam od biologicznych rodziców. Był w kopercie razem z moim imieniem i listem, w którym pisało, że obydwoje mnie bardzo kochają, ale nie jest bezpieczne żebym z nimi została, a oddanie mnie to najtrudniejsze, co im przyszło zrobić. Dostałam także kilka dziwnych książek, w jednej z nich było jakie runy rysować w powietrzu, żeby przykładowo stworzyć kulę ognia. W innej jak zapanować nad „Wzrokiem”. Jeszcze inna opisywała jak mają radzić sobie magowie każdego z czterech rzędów. Wiem, że to nie miało sensu, ale uczyłam się ze wszystkich książek, jak mi polecono w liście. Teraz znam je niemal na pamięć. 
- To jest naszyjnik. Nie dowidzisz, czy co? - odwarknęłam i od razu tego pożałowałam, bo zerwał go ze mnie. 
- To amulet, maskujący twój nadnaturalny zapach maga. Wiedziałem, że jesteś zbyt odważna i silna jak na człowieka. Posłuchaj, nie chcę cię skrzywdzić, uratowałem ci życie tym, że cię zabrałem. Teraz wiem że to ciebie szukali. Od tej chwili nic w twoim życiu nie będzie już takie samo.
Już miałam mu coś odpowiedzieć, ale widok, który ukazał się naszym oczom zaparł mi dech w piersiach. Na wzgórzu stał wielki zamek, był jak z baśni. Miał cztery wierze, a z ich wierzchołków wychodziły po trzy niebieskie łuki łączące ze sobą każdą wierzę. Dookoła były prawdopodobnie domy. Całość okrywała srebra półprzeźroczysta kopuła. Byliśmy daleko od zamku, kilka kilometrów. Z tej odległości wszystko było małe, ale na pewno całość ma wielkość dużego miasta.
- Możesz mnie postawić? - odpowiedział mi tylko wymownym spojrzeniem – Obiecuję, że nie będę uciekać. A przynajmniej do chwili, kiedy dowiem się o co w tym wszystkim chodzi. 
- Pójdziemy teraz do mojego domu. Tam ci wszystko powiem.- powiedział i postawił mnie na ziemi. Natychmiast się od niego odsunęłam i chociaż miałam wielką ochotę uciekać, nie zrobiłam tego. W końcu mu obiecałam. A ja zawsze dotrzymuje słowa, nawet jeśli dałam je komuś kto mnie porwał i jakimś sposobem odurzył. 
- Możesz oddać mi naszyjnik? - Dziwnie się bez niego czułam, nosiłam go przez całe życie i chociaż widziałam ładniejsze wisiorki, nigdy nie zdejmowałam zwykłego czerwonego szkła obramowanego srebrem. Wyciągnęłam rękę, a on zamiast położyć na niej naszyjnik, podszedł bliżej i mi go założył. Nie chciałam się przyznać sama sobie, ale jego bliskość i dotyk poruszały mnie. - Mówiłeś, że jak masz na imię? 
- Możesz mi mówić Will. 
- Nie mam w zwyczaju kłamać, więc nie powiem, że to była przyjemność cię poznać. 
- Oh, kotku, ranisz mnie. - powiedział z uśmiechem, doprowadzając mnie tym do szału. 
- Mówiłam ci, że mam na imię Cassidy. Ca-ssi-dy! Mam ci to przeliterować? Cy może powinnam przykleić to sobie na czole? 
- Obejdzie się bez tego. A teraz chodź.
Zaczął iść nie oglądając się za siebie. Ruszyłam za nim tylko dlatego, że powiedział, że mi wszystko wyjaśni. Jak już to zrobi, spróbuję uciec. Nie, nie spróbuję, ucieknę. Chcę zastępowałam przez zrobię. Nigdy nie dopuszczałam możliwości porażki i tak będzie też teraz.
Szliśmy bardzo szybko. Mimo świetnej kondycji, musiałam nieźle się namęczyć, żeby nie zostać w tyle. Las był mroczny i ciemny, jedyne źródło światła stanowił księżyca w pełni, jednak niewiele z jego blasku przebijało się przez drzewa. Cisza była zakłócana jedynie przez szum wiatru i pohukiwanie sowy. Doszliśmy do polany. Wreszcie mogłam dostrzec coś dalej niż dwa metry przede mną. Polana była okrągła, a przez jej środek przechodziła wycięta droga, na której nie zmieściły by się obok siebie dwa samochody. Roślinność była zróżnicowana, skrzypy, trawy, kwiaty. Wszystko to doskonale się ze sobą komponowało. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam, tak naturalny krajobraz.
Will zatrzymał się tak niespodziewanie, że weszłam na niego. Już miałam spytać dlaczego stoimy, kiedy uniósł ręce i zaczął kreślić w powietrzu jakiś znak. Rozpoznałam, że to Runa Odkrycia. Nie, proszę, nie. To nie może być prawda. Te wszystkie książki to tylko wymysł ludzkiej fantazji... prawda? Kiedy skończył stało przed nami czarne porsche.
- To... to sen. Naczytałam się za dużo książek od matki i teraz śnią mi się głupoty. Powiedz, że to sen! Powiedz! 
- Cassie, powiedz mi, o jakich książkach mówisz?
- „Rasy nadnaturalne”, „Rzędy i Runy”, „Kontrola na żywiołami”... To wszystko przez nie... Pozwól mi się obudzić, chcę się tylko obudzić.- Nie kontrolowałam już się, z oczu płynęły mi łzy, a ręce się trzęsły. Oparłam się o Willa, kiedy poczułam, że dłużej nie dam rady stać o własnych siłach. Teraz już cała się trzęsłam. 
- Przepraszam. - powiedział, mocniej mnie obejmując. Drugi raz tej nocy poczułam igiełki rozchodzące się po moim ciele. Tym razem było to silniejsze niż ostatnio. Najpierw straciłam kontrolę nad kończynami, a zaraz potem ogarnęła mnie ciemność, zdążyłam jeszcze usłyszeć cichy głos Willa – Przepraszam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz