Jak
można zgubić się w mieście, w którym mieszka się od dziecka?
Cóż, wystarczy być mną, pomyślałam skręcając w kolejną
nieznaną ulicę. Chociaż było po siedemnastej, to miejsce było
zacienione. Wydało mi się to podejrzane, o tej godzinie latem
wszędzie powinno być jasno. Nie miałam jednak czasu dłużej się
nad tym zastanawiać, moją uwagę przykuły dwie postacie. Śmiejąca
się jasnowłosa dziewczyna chowająca coś za plecami i chłopak
próbujący jej to odebrać. Miał czarne długie do ramion włosy
zakrywające mu twarz
- Chcesz
wisior z powrotem? Wiesz jaka jest cena, a z każdą minutą jesteś
mi winny coraz więcej.
Pochylił
się nad nią i przesunął ustami po jej policzku, od ucha aż do
kącika ust. Dziewczyna odsunęła mu włosy z twarzy, a ja poczułam,
że ogarnia mnie wściekłość. Dopiero kiedy zobaczyłam jego twarz
rozpoznałam kim jest. To był Caleb, mój chłopak. Chociaż może
powinnam już nazywać go byłym chłopakiem. Dziewczyna zamiast
czekać na jego ruch złączyła przesunęła głowę i ich usta się
złączyły. Nie mogłam dłużej na to patrzeć, podeszłam do nich.
- Nie
wierzę, że mogłeś to zrobić. Nie po tym wszystkim, co mi
wmawiałeś. - Mogę to wyja...
- Wyjaśnić? Nie chcę tego słuchać Caleb, to koniec. Nie chcę cię więcej widzieć.
Odwróciłam
się i zaczęłam biec. Biegłam nie zastanawiając się dokąd, byle
tylko jak najdalej od tej uliczki. W końcu zbiegłam schodami
prowadzącymi do dworca. Metro akurat przyjechało. Przynajmniej wiem
już gdzie jestem i może uda mi się nie spóźnić do pracy.
O
tej godzinie większość ludzi pracuje, ale ja mam niestandardowe
godziny pracy. Barmanka w klubie nocnym może nie jest najlepszym
stanowiskiem, ale przynajmniej zarabiałam. Zresztą, nigdzie indziej
nie zatrudniliby dziewiętnastoletniej dziewczyny, która rzuciła
liceum. Tak, wiem, brzmi głupio, ale kiedy rok temu mój tata zginął
w wypadku samochodowym, nie miałam innego wyjścia jak tylko rzucić
szkołę i poszukać pracy. I tak miałam szczęście. Mogłam
skończyć w burdelu. Tylko dzięki Christianowi tak się nie stało.
Kiedy nie chciałam przyjąć od niego pieniędzy zaproponował mi
pracę w swoim klubie „Imperium”. To mi odpowiadało,
przynajmniej teraz nie czuję się jak utrzymanka.
Metro
się zatrzymało i wysiadłam. Zostało mi tylko dziesięć minut,
więc i szybkim krokiem ruszyłam do klubu. Chociaż wiedziałam, że
Chris nie zwolniłbym mnie za małe spóźnienie, starałam się
wszystko robić tak, żebym nie musiała obwiniać się, że przeze
mnie zarobi mniej. Tak więc zawsze przychodziłam punktualnie,
nosiłam bez mrugnięcia okiem mój strój roboczy, na który
składała się srebrna bluzka bez pleców i czarna, krótka
spódniczka, a kiedy zamykaliśmy klub zawsze pomagałam w
sprzątaniu.
Wreszcie
doszłam do klubu, obeszłam budynek żeby wejść tylnymi drzwiami,
przy których oczywiście stał ochroniarz.
- Cześć
Steve. - powiedziałam, jak zwykle, a on tylko skinął głową i
otworzył mi drzwi, jak zwykle. Nie słyszałam, żeby kiedykolwiek
się odzywał.
Steve
był łysym, czarnoskórym, umięśnionym facetem, który od zawsze
mnie przerażał. Chociaż nie był tak napakowany jak inni
ochroniarze, to on budził największy strach. Może dlatego nigdy
nie stał przy głównym wejściu, mógłby odstraszać ludzi. Na
tyłach jednak to było zaletą, dzięki niemu nigdy nie było
nieproszonych gości. Do „Imperium” przychodzili tylko wybrani z
imiennymi wejściówkami, czasem zabierali też osoby towarzyszące,
ale to musiało być wcześniej zgłoszone Chrisowi i on musiał
wyrazić na to zgodę. Nie wspominając o tym, że wejście było
niewiarygodnie drogie, byle kto nie miał możliwości się tu
znaleźć.
Szybko
się przebrałam i poszłam do baru. Musiałam poukładać butelki i
szklanki, zawsze po dostawie wszystko było pomieszane.
Około
dwudziestej pierwszej na parkiecie zaczęło robić się tłoczno, a
przy barze luźniej. Zawsze tak było, na początku wszyscy piją,
dopiero później tańczą.
- Co
się stało, Cass? - spytał Chris, nawet nie zauważyłam, że
przyszedł. Zawsze pojawiał się znienacka, chociaż znam go od
trzech lat, nie mogę się do tego przyzwyczaić, zawsze mnie
zaskakuje. - Nic, po prostu dużo dzisiaj ludzi. - powiedziałam. Tylko uniósł brew i czekał aż powiem mu prawdę. - Zerwałam z Calebem
- Mówiłem ci, że prędzej czy później coś zrobi. Co to było?- Opowiedziałam mu wszystko, a on tylko pokiwał głową. Po chwili się odezwał – Nie kochałaś go, dlaczego z nim byłaś?
- Po tym wypadku byłam sama. Nie zrozum mnie źle, ty zawsze byłeś przy mnie, ale tak dużo czasu spędzasz tutaj. Potrzebowałam kogoś, kto po prostu będzie ze mną. W te dwa wolne wieczory, w poniedziałki i wtorki, kiedy nie miałam się czym zająć, oprócz użalania się nad sobą, on zawsze był i mnie czymś zajmował. Kiedy nie byłam sama nie było tak źle. Ale minął już rok, a przez ostatnie pół roku byłam uzależniona od Caleba. Czas z tym skończyć. Dam sobie radę.
- Jesteś pewna? - w odpowiedzi pokiwałam głową – Muszę zająć się kilkoma sprawami, dasz sobie radę?
- Już ci mówiłam. Jestem już dużą dziewczynką, mieszkam sama, od jedenastu lat ćwiczę sztuki walki, a ty jeszcze we mnie wątpisz.
- Nie śmiałbym – powiedział, ledwie powstrzymując się od śmiechu. - Idź dzisiaj wcześniej do domu, jak zobaczę cię tu po północy dostaniesz przymusowy urlop na tydzień.
Już miałam zacząć się z nim kłócić, ale zniknął równie szybko jak się pojawił.
***
Wyszłam
z klubu punktualnie o północy, wolałam nie ryzykować tygodniowej
przerwy. Postanowiłam wrócić do domu pieszo. Zajmie mi to ponad
godzinę, ale i tak przynajmniej nie będę bezczynnie siedzieć w
domu.
Przechodziłam
przez gorszą dzielnicę, kiedy usłyszałam krzyk, dochodził z
bocznej uliczki. Podeszłam do kontenera i się za nim schowałam.
Starałam się, schować się tak, żeby nie było mnie widać, ale
żebym jednocześnie mogła obserwować, co się dzieje. Na końcu
uliczki było pięć osób, kobieta i czterech mężczyzn, jeden z
nich siedział oparty o ścianę, a jasne włosy miał czerwone od
krwi. Kobieta stała obok niego i mówiła coś wymachując rękami.
Krwawiący mężczyzna coś powiedział, a inny spróbował go
kopnąć, ale zanim jego noga dosięgła blondyna, kobieta
odepchnęła go, była jednak za słaba, gdyż facet nawet się nie
zachwiał. Zdusiłam krzyk, wtedy jeden z mężczyzn spojrzał w
stronę mojej kryjówki, powiedział coś do pozostałych i ruszył w
moją stronę, zatrzymał się dwa metry ode mnie. Miał brązowe
włosy i wiedziałam, że jego oczy są niemal czarne, chociaż jego
twarz pozostawała w cieniu. Był bardzo przystojny. Z takim wyglądem
mógłby zrobić wielką karierę, dlaczego więc był tutaj i
napadał ludzi?
- Trafiłaś
w sam środek piekła – powiedział, patrząc na swoich
towarzyszy.
Krwawiący
mężczyzna, pokazał trzy palce i razem z kobietą przemienili się
w wilki i zaatakowali swoich oprawców. Mężczyźni nie okazali
zdziwienia, wyciągnęli sztylety i zaczęli walczyć ze zwierzętami.
- Koniec
przedstawienia. Bądź grzeczną dziewczynką i nawet nie myśl o
tym, aby krzyczeć albo się ze mną szarpać – powiedział
grobowym tonem mężczyzna przede mną.
Nie
ma mowy, nie po to mój tata po śmierci mojej mamy zapisał mnie na
wszystkie możliwe kursy samoobrony i sztuk wali, żebym teraz po
prostu stała. Do głowy wpadała mi myśl, że moja mama przed
śmiercią mogła się znaleźć w podobnej sytuacji, tylko że facet
ją kilka razy postrzelił i uciekł, a ona nie miała szans na
przeżycie.
Mężczyzna
zbliżył się i chwycił mnie za ramię, w tym momencie wyrzuciłam
nogę do przodu celując mu między nogi i jednocześnie sięgnęłam
do mojej uwięzionej ręki aby go przeważyć i przewrócić, co
dałoby mi szansę na ucieczkę. Nie przewidziałam, jednak tego, że
facet będzie tak szybki. Zanim moja noga dosięgła celu, stałam
już odwrócona przodem do ściany, do której od tyłu przyciskało
mnie umięśnione ciało.
- Powiedziałem
coś. - A ja nie powiedziałam, że jestem grzeczną dziewczynką i po prostu dam się zabić!- prowokowałam go, ale nie mogłam się powstrzymać.
- Cholera, nie mam na to czasu, zaraz tu będą. - rzucił, i jedną rękę przesunął na mój brzuch, a drugą położył nad moimi piersiami. Poczułam jakby w skórę wbijały mi się maleńkie, elektryczne igiełki, nie było to jednak bolesne uczucie, może tylko trochę nieprzyjemne.
Nagle
opadłam z sił i oparłam się o mężczyznę za mną. W głowie
miałam pustkę. Co on mi zrobił? Wziął mnie na ręce i zaczął
iść w stronę głównej ulicy. Kiedy już tam. doszliśmy złapał
taksówkę i podał kierowcy adres. Zastanawiałam się dlaczego nie
dziwiło go, że jest z ledwo przytomną dziewczyną. Odrętwienie
zaczęło ustępować, więc przesunęłam się jak najbliżej
przeciwnych drzwi i oparłam o nie. Czułam na sobie jego wzrok, lecz
uparcie wpatrywałam się w migające za szybą drzewa. Jakieś
dwadzieścia minut później kazał kierowcy zatrzymać się na
poboczu i mu zapłacił. Wysiadł z samochodu i znów wziął mnie na
ręce. Mój mózg wreszcie postanowił wrócić z przerwy i wziąć
się do roboty. Teraz jednak sama próbowałam go powstrzymać.
Starałam się nie myśleć o tym co zobaczyłam, ani o tym co się
stało. A tym bardziej nie o tym, że niesie mnie najprzystojniejszy
mężczyzna jakiego kiedykolwiek widziałam.
- Co
masz zamiar zrobić? Chcesz mnie zabić? Cóż mogłeś to zrobić w
mieście i tak nikt by nie zauważył – powiedziałam i ogarnął
mnie smutek. Moje słowa były prawdziwe, byłam sama. Caleb nie
miał problemów ze znalezieniem sobie innego zajęcia niż ja, a
Chris prawdopodobnie pomyślałby, że po tym co się dzisiaj
wydarzyło zdecydowałam się uciec z miasta. Gdybym teraz umarła,
przynajmniej ostatnie co bym zobaczyła byłoby czymś pięknym. - Posłuchaj, kotku, gdybyś miała dzisiaj umrzeć, już byś nie żyła.
- Nie jestem żadnym kotkiem! Mam na imię Cassidy!- wzięłam głęboki wdech, żeby się uspokoić. Do diabła, przez to wszystko traciłam nad sobą kontrolę. - Nie musisz uciekać się do przestępstwa, wystarczyłoby, że wszedłbyś do jakiegoś klubu i od razu znalazłbyś chętne. Nie musisz porywać dziewczyn, żeby...
- Myślisz, że chcę... Co to jest? - spytał, przyglądając się mojemu naszyjnikowi. To jedna z niewielu rzeczy które mam od biologicznych rodziców. Był w kopercie razem z moim imieniem i listem, w którym pisało, że obydwoje mnie bardzo kochają, ale nie jest bezpieczne żebym z nimi została, a oddanie mnie to najtrudniejsze, co im przyszło zrobić. Dostałam także kilka dziwnych książek, w jednej z nich było jakie runy rysować w powietrzu, żeby przykładowo stworzyć kulę ognia. W innej jak zapanować nad „Wzrokiem”. Jeszcze inna opisywała jak mają radzić sobie magowie każdego z czterech rzędów. Wiem, że to nie miało sensu, ale uczyłam się ze wszystkich książek, jak mi polecono w liście. Teraz znam je niemal na pamięć.
- To jest naszyjnik. Nie dowidzisz, czy co? - odwarknęłam i od razu tego pożałowałam, bo zerwał go ze mnie.
- To amulet, maskujący twój nadnaturalny zapach maga. Wiedziałem, że jesteś zbyt odważna i silna jak na człowieka. Posłuchaj, nie chcę cię skrzywdzić, uratowałem ci życie tym, że cię zabrałem. Teraz wiem że to ciebie szukali. Od tej chwili nic w twoim życiu nie będzie już takie samo.
Już
miałam mu coś odpowiedzieć, ale widok, który ukazał się naszym
oczom zaparł mi dech w piersiach. Na wzgórzu stał wielki zamek,
był jak z baśni. Miał cztery wierze, a z ich wierzchołków
wychodziły po trzy niebieskie łuki łączące ze sobą każdą
wierzę. Dookoła były prawdopodobnie domy. Całość okrywała
srebra półprzeźroczysta kopuła. Byliśmy daleko od zamku, kilka
kilometrów. Z tej odległości wszystko było małe, ale na pewno
całość ma wielkość dużego miasta.
- Możesz
mnie postawić? - odpowiedział mi tylko wymownym spojrzeniem –
Obiecuję, że nie będę uciekać. A przynajmniej do chwili, kiedy
dowiem się o co w tym wszystkim chodzi. - Pójdziemy teraz do mojego domu. Tam ci wszystko powiem.- powiedział i postawił mnie na ziemi. Natychmiast się od niego odsunęłam i chociaż miałam wielką ochotę uciekać, nie zrobiłam tego. W końcu mu obiecałam. A ja zawsze dotrzymuje słowa, nawet jeśli dałam je komuś kto mnie porwał i jakimś sposobem odurzył.
- Możesz oddać mi naszyjnik? - Dziwnie się bez niego czułam, nosiłam go przez całe życie i chociaż widziałam ładniejsze wisiorki, nigdy nie zdejmowałam zwykłego czerwonego szkła obramowanego srebrem. Wyciągnęłam rękę, a on zamiast położyć na niej naszyjnik, podszedł bliżej i mi go założył. Nie chciałam się przyznać sama sobie, ale jego bliskość i dotyk poruszały mnie. - Mówiłeś, że jak masz na imię?
- Możesz mi mówić Will.
- Nie mam w zwyczaju kłamać, więc nie powiem, że to była przyjemność cię poznać.
- Oh, kotku, ranisz mnie. - powiedział z uśmiechem, doprowadzając mnie tym do szału.
- Mówiłam ci, że mam na imię Cassidy. Ca-ssi-dy! Mam ci to przeliterować? Cy może powinnam przykleić to sobie na czole?
- Obejdzie się bez tego. A teraz chodź.
Zaczął
iść nie oglądając się za siebie. Ruszyłam za nim tylko dlatego,
że powiedział, że mi wszystko wyjaśni. Jak już to zrobi,
spróbuję uciec. Nie, nie spróbuję, ucieknę. Chcę zastępowałam
przez zrobię. Nigdy nie dopuszczałam możliwości porażki i tak
będzie też teraz.
Szliśmy
bardzo szybko. Mimo świetnej kondycji, musiałam nieźle się
namęczyć, żeby nie zostać w tyle. Las był mroczny i ciemny,
jedyne źródło światła stanowił księżyca w pełni, jednak
niewiele z jego blasku przebijało się przez drzewa. Cisza była
zakłócana jedynie przez szum wiatru i pohukiwanie sowy. Doszliśmy
do polany. Wreszcie mogłam dostrzec coś dalej niż dwa metry przede
mną. Polana była okrągła, a przez jej środek przechodziła
wycięta droga, na której nie zmieściły by się obok siebie dwa
samochody. Roślinność była zróżnicowana, skrzypy, trawy,
kwiaty. Wszystko to doskonale się ze sobą komponowało. Pierwszy
raz w życiu zobaczyłam, tak naturalny krajobraz.
Will
zatrzymał się tak niespodziewanie, że weszłam na niego. Już
miałam spytać dlaczego stoimy, kiedy uniósł ręce i zaczął
kreślić w powietrzu jakiś znak. Rozpoznałam, że to Runa
Odkrycia. Nie, proszę, nie. To nie może być prawda. Te wszystkie
książki to tylko wymysł ludzkiej fantazji... prawda? Kiedy
skończył stało przed nami czarne porsche.
- To...
to sen. Naczytałam się za dużo książek od matki i teraz śnią
mi się głupoty. Powiedz, że to sen! Powiedz! - Cassie, powiedz mi, o jakich książkach mówisz?
- „Rasy nadnaturalne”, „Rzędy i Runy”, „Kontrola na żywiołami”... To wszystko przez nie... Pozwól mi się obudzić, chcę się tylko obudzić.- Nie kontrolowałam już się, z oczu płynęły mi łzy, a ręce się trzęsły. Oparłam się o Willa, kiedy poczułam, że dłużej nie dam rady stać o własnych siłach. Teraz już cała się trzęsłam.
- Przepraszam. - powiedział, mocniej mnie obejmując. Drugi raz tej nocy poczułam igiełki rozchodzące się po moim ciele. Tym razem było to silniejsze niż ostatnio. Najpierw straciłam kontrolę nad kończynami, a zaraz potem ogarnęła mnie ciemność, zdążyłam jeszcze usłyszeć cichy głos Willa – Przepraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz